Płaczliwy dzień za oknem. Zaraz wejdę w niego z butami i przydepcze cienką warstewkę deszczu na asfalcie. Pośpiech niewskazany jest ale śpiesze się. Teraz metro.
Nie chce być już zmęczony. Ciągle w skorupce. Czy ja chityny się najadłem?
Jeszcze trochę i będzie dobrze. Jeszcze trochę i wszystko się zmieni. Uwolnię się. Znajdę swoje miejsce na ziemi. Znajdę mój domek w kniejach ukryty. Gdzieś za polami i łąkami dobrego gospodarza. Gdzie wodę trzeb nosić wiadrem na poranna kawę i nie trzeba się z tym śpieszyć.
Wczoraj podjęte zostały ostateczne decyzje. Rozpoczynam prace nad własną firmą. Już koniec garnuszka. Koniec panów szefów. Nadeszła pora żniw. Teraz okaże się Ile w istocie jestem wart. Za trzy lata plony zbiorę. Dziś zasieje jutro podleje.
Oby twój dzień nie był płaczliwy jak mój. Potraktuj deszcz jak przyjaciela. On zmyje brzydotę świata specjalnie dla ciebie.